Dary niedoskonałości cz.1 czyli jak to z rozwojem jest naprawdę?

Tworzenie własnej historii i polubienie siebie wymaga wielkiej odwagi – są to pierwsze słowa, jakimi rozpoczyna się książka Brene Brown Dary niedoskonałości. Nic tak nie oddaje wymowy tej książki jak tytuł. I o nim dziś słów kilka.

Ta książka, choć w formie poradnika zwraca uwagę na coś, co dotychczasowe pozycje książkowe raczej nie omawiają. Poradniki z zakresu rozwoju raczej mówią nam, o tym że możemy być jeszcze lepsi niż jesteśmy, że powinniśmy się rozwijać i mówią co jeszcze powinniśmy zrobić w kierunku perfekcyjnego opanowania umiejętności, by następnie stać się wręcz idealnym człowiekiem.  Mamy zwracać uwagę na swoje zalety i to je właśnie rozwijać, a nie skupiać się na wadach.  Mówią nam, że jesteśmy cudowni i wspaniali, tylko musimy w to uwierzyć… Nic tylko uwierzyć. To przecież takie proste… uwierz tylko! Ta pozytywna energia będzie przyciągać szczęście, ludzi i pieniądze. Generalnie wydźwięk tego typu publikacji jest taki: „myśl pozytywnie a wszystko Ci się uda”, „uwierz a będziesz bogaty”, „zostaniesz tym kim chcesz, musisz tylko chcieć”. Tylko…

I przychodzi do mnie (i do innych psychologów też) załamany Kowalski, a może raczej Kowalska, bo rozwój osobisty to nadal domena kobiet, z poczuciem, że nie są tacy perfekcyjni w tym co robią, w rolach, które podejmują, w tym, jakimi są ludźmi. Nie są idealni, wiedzą to. Wiele spraw im nie wychodzi, „a przy tym jeszcze te emocje!” – złoszczą się i denerwują. Na siebie się złoszczą za swój brak perfekcjonizmu, za swoje niedoskonałości. „Staram się myśleć pozytywnie i mi nie wychodzi” – mówi taka kobieta, „co robię nie tak? – pyta”… Patrząc na siebie w lustrze porównuje się z innymi kobietami i czuje, że wypada gorzej… „bo brzuch odstaje, bo nogi za krótkie i usta nie takie; a na dodatek jeszcze zmęczona i narzeka stale”. Będąc matką zastanawia się co zrobiła nie tak, że dziecko robi sceny w sklepie, pobiło się z kolegą, że przyniosło jedynkę. Ma poczucie winy, czuje wstyd, obawia się oceny innych, myśli że inni znają ‚sekret’ wychowania… Mąż mówi, „Nie ugotowałaś dziś obiadu” a ona myśli – „jestem złą żoną; inne kobiety mają czas na wszystko!” i wpada w rozpacz, załamuje się, a może w efekcie przyjdzie z zaawansowaną depresją…

Nic dziwnego..

Co ma bowiem czuć człowiek, któremu mówi się „to takie proste” a jemu nie wychodzi?

Co ma czuć, jeśli mu nie wychodzi, a innym tak? No skoro to takie łatwe, inni potrafią, a ja?

Co ma myśleć o sobie, jeśli ktoś mówi „uwierz w siebie” a on nie wierzy?

Jak ma czuć się doskonały jeśli widzi swoje niedoskonałości, braki, wady?

To jednak nie takie proste jak w tych poradnikach napisali… Nikt nie napisał, że to cholerny wysiłek jest! Piękny, a owszem, i przynoszący rezultaty, ale jednak… Rozwój, akceptacja siebie, bycie sobą w pełni autentycznym – to wymaga czasu, to wymaga wysiłku, a jeśli korzysta się z terapii czy coachingu to i kosztuje niestety, a zatem i tanie nie jest. I nikt szczerze nie napisał, że to niekiedy też boli… A czasem nawet boli okrutnie.

Dlaczego?

Zaakceptować siebie, pokochać siebie, być sobą – to przede wszystkim zaakceptować wszystkie swoje słabości, braki i niedoskonałości. Nie sztuką jest lubić siebie za sukces, za uśmiech, za dobro. Sztuką jest lubić siebie kiedy nie wychodzi, kiedy złość lub smutek maluje się na twarzy a wnętrze ma ochotę krzyczeć. Rozwój to wręcz bolesna droga by zobaczyć w sobie uczucia zazdrości, nienawiści czy złości. Bolesne by poczuć smutek, bo się boimy, że zostanie. Kryjemy łzy, bo czujemy się słabi kiedy płaczemy. Przecież płacz oznacza, że sobie nie radzimy. Czasem boimy się jakiejś nieobliczalnej naszej cząstki i uciekamy w panice w świat obron: zadaniowość czy zaprzeczenie. Żeby w pełni zintegrować siebie musimy zaakceptować w sobie różne kawałki, w tym te mniej fajne również. Czy nazwiemy je sferą cienia, słabością, małością, pierwiastkiem destrukcyjnym, to nie ma znaczenia. Chodzi o to, że musimy to poznać, zobaczyć, że każdy z nas tak ma: obok kawałka „dobra”, jest kawałek „zła”. A to jacy naprawdę jesteśmy, to efekt wyboru i pracy nad sobą.

Żeby łatwiej to wszystko zrozumieć wyobraź sobie dom. Ten dom ma część mieszkalną i piwnicę. Część mieszkalna jest lepiej lub gorzej urządzona, ale da się w niej funkcjonować. Raz jest porządek, innym razem bałagan, w jednej części większy ład, w innej trochę chaos. Ale piwnica jest ciemna, wilgotna i budzi ogólny lęk. Nie wiemy co w niej jest. Co się stanie z człowiekiem, który odważy się zejść do tej piwnicy, zobaczyć co tam jest, poznać ją? Najpierw czuje lęk, to zrozumiałe. Ale potem… Potem żyje mu się lepiej i swobodniej, bo już wie, co w tej piwnicy jest. Nawet jeśli jest nieprzyjemna. Może okazać się jednak, że piwnica jak piwnica, i nie było czego się obawiać. Co się dzieje z domownikiem, który unika zejścia do niej? Żyje w ciągłym, nieustannym niepokoju i napięciu. Po pierwsze nie wiedząc co tam jest i dając upust wyobraźni, po drugie, wkładając ogromny wysiłek by tę piwnicę omijać szerokim łukiem, nie myśleć o niej i nie dopuścić do tego, by ktokolwiek dowiedział się o jej istnieniu, bo to grozi wizerunkowi naszego domu.

Komu żyje się lepiej?

Kto czuje wolność i swobodę działania?

Kto może myśleć o dalszym rozwoju?

Każdy z nas ma taką piwnicę. Może się odważyć zejść do niej, poznać ją i żyć. Kiedy trzeba uprzątnąć, a kiedy można wykorzystywać zgromadzone w niej zapasy. Bo dodajmy, że to nie musi być straszne miejsce. Ono straszy bo jest niepoznane. Prawda jest taka, że im bardziej świadomi jesteśmy siebie, tym bardziej świadomych wyborów dokonujemy, mamy większą odwagę działania i co najważniejsze, zaufanie do siebie! Rozumiemy o co nam chodzi, czego potrzebujemy, nie dajemy sobie wmówić nieprawdy, potrafimy odmówić, wiemy co jest dla nas dobre. Nie obchodzą nas plotki czy uwagi innych jeśli nie niosą żadnej wartości dla nas.

Im lepsze poznanie siebie, tym większa dojrzałość. A dojrzałość to stan większej równowagi. Nie ulegamy bowiem maksymalnemu rozchwianiu: kiedy jest źle w naszym życiu – depresja, kiedy jest dobrze – euforia. Im bardziej znamy siebie tym łatwiej radzić sobie z trudnościami bo w chwilach niepowodzenia myślimy, co poszło nie tak, gdzie był błąd w naszym działaniu, co możemy inaczej, co zależy od nas a co nie. Nie atakujemy siebie, nie dokładamy sobie batów jako karę za niepowodzenie.

Rozwój to zejście do tej ciemnej piwnicy, poznanie jej, wyciągnięcie ukrytych starych mebli na światło dzienne, renowacja ich jeśli trzeba i użytkowanie.

Dziękujmy za nasze niedoskonałości…

Czemu?

Bo to nasz niedoceniany skarb! W nich paradoksalnie tkwi nasza siła, autentyczność i energia. Tylko wtedy możemy być lepsi jako ludzie, jeśli zaakceptujemy to, że jako ludzie jesteśmy też słabi i niedoskonali!

 

Katarzyna Dorosz-Dębska

 

PS. Część druga wpisu będzie poświęcona bezpośrednio książce Dary niedoskonałości Brene Brown.

Akceptuję
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych oraz funkcjonalnych. Umożliwiają one prawidłowe działanie silnika strony. Każdy ma możliwość wyłączenia akceptacji cookies w ustawieniach swojej przeglądarki www, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.